— Przyszedł doktor Kare, sir — oznajmiła energicznie Trixie.

— Widzę — odparł Reynaud, próbując nie okazać irytacji, w jaką wprawiała go sama obecność Trixie.

Nie bardzo mu się to udało, bo w oczach Kare’a zatańczyły radosne błyski, nim dotarł do biurka i uścisnął dłoń gospodarza.

— Możesz dopilnować, żebyśmy dostali coś do picia? — spytał Reynaud, spoglądając na sekretarkę.

Ta spojrzała nań, jakby miała zamiar przypomnieć mu, że w zakres jej obowiązków nie wchodzi bufet z przyległościami, ale nie odezwała się. Kiwnęła jedynie głową i wyszła.

Kiedy za Trixie Hammitt zamknęły się drzwi, Reynaud westchnął z ulgą.

— Nie sądzę, byśmy długo jeszcze zdołali pozbywać się jej tak łatwo — ocenił.

— Jesteśmy niegłupi, mamy motywację i trochę czasu, więc coś wymyślimy — uśmiechnął się Kare.

— W sumie niczego nie można jej zarzucić: ciężko pracuje, stara się… i doprowadza mnie do szału tą cholerną troskliwością!

— Robi to, co umie, najlepiej jak potrafi. A obaj dobrze wiemy, wobec kogo jest naprawdę lojalna. Gdybyśmy nie wiedzieli, gotów byłbym sądzić, że opłaca ją Liga Solarna lub inny konkurent handlowy Królestwa, by sabotowała cały projekt, doprowadzając do szału kierujących nim ludzi.

— Byłbyś wówczas paranoikiem — zganił go Reynaud.

— Nie paranoikiem, tylko człowiekiem ostrożnym i podejrzliwym — poprawił go z godnością Kare.

— A, to przepraszam — uśmiechnął się Reynaud i gestem wskazał mu fotel.

Lubił Kare’a, i to nawet bardzo, choć naukowiec bywał roztrzepany pomimo, a może z racji swych pięciu doktoratów. To znaczy o pięciu Reynaud wiedział, a podejrzewał, że istniały jeszcze ze dwa czy trzy, o których Kare po prostu zapomniał. Byłoby to dla niego typowe.



17 из 867